Zmiana planów – nasz ostatni dzień zwiedzania

Zmiana planów – nasz ostatni dzień zwiedzania

To co dobre, szybko się kończy i jutro czas wracać do domu. Na trzeci dzień naszego wyjazdu w Karkonosze zaplanowaliśmy początkowo wypad do Świeradowa Zdroju i przejazd koleją gondolową (podobno najnowocześniejszą w Polsce!) na Stóg Izerski. Plan ten uległ jednak zmianie, głównie za sprawą porannej, bardzo wietrznej pogody, która nie zachęcała do skorzystania z tej atrakcji i pobytu na samym szczycie. Postanowiliśmy więc skierować się w inną stronę…


W stronę Muzeum Zabawek w Karpaczu, położonego przy ulicy Kolejowej 3. W tym miejskim muzeum znajdują się zbiory pana Henryka Tomaszewskiego, założyciela Teatru Pantomimy Wrocławskiej. Obejmują one wszelkiego rodzaju zabawki, począwszy od tych stworzonych w XVIII wieku, a na współczesnych skończywszy. Przekrój zbiorów jest także bardzo bogaty, Muzeum Zabawek w Karpaczu posiada m.in. figurki szopkowe, lalki stworzone z liści kukurydzy, pierwsze lalki Barbie (osobliwe są te przedstawiające muzyków grupy KISS) czy też Transformersy z lat ’80 (o ile dobrze pamiętam) wyprodukowane w… Japonii! (myśleliście, że w Chinach? ;)). Całe zwiedzanie (około 70 gablot) naszej trójce zajęło około… 15 minut, ale należy wziąć poprawkę na to, że nasza pociecha szybko nudzi się w muzeach, nawet w Muzeum Zabawek! 🙂 Jednak wizytę szczerze polecamy, koszt wejściówki dla osoby dorosłej to 10 zł.

 

W planach mieliśmy też zwiedzenie interaktywnej wystawy klocków LEGO, która znajduje się także w Karpaczu (tu należą się podziękowania dla Wojtka, który podsunął nam tę myśl na FB :)), jednak biorąc pod uwagę marudzenie córki, postanowiliśmy dać się jej wyszaleć na powietrzu. W związku z tym zdecydowaliśmy, że odwiedzimy Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska w Kowarach (oddalonych około 8 km od Karpacza). Park ten zawiera starannie odwzorowane eksponaty, zbudowane w skali 1:25. Bilet wstępu kosztuje 20 zł, w cenie otrzymujemy także opiekę przewodnika, który opowiada historię przedstawianych budowli. My z tej opieki zrezygnowaliśmy, gdyż tradycyjnie mieliśmy trochę większe tempo zwiedzania. 🙂 W tym miejscu znaleźliśmy też inspirację do dalszej wycieczki… 😉

Postanowiliśmy jechać do Krzeszowa (około 40 km od Karpacza), aby zobaczyć jedną z najpiękniejszych barokowych bazylik w Europie. Mowa o Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej. Na miejscu nie trudno zaparkować, kierując się zgodnie ze wskazówkami drogowskazów po lewej stronie drogi pojawia się bazylika, a po prawej duży plac parkingowy, bezpłatny! 🙂 W całym kompleksie odwiedziliśmy bazylikę, kościół św. Józefa oraz Mauzoleum Pierwszych Piastów, które mieści się za ołtarzem wspomnianej bazyliki. Początkowo chodziliśmy własnymi ścieżkami, ale gdy chcieliśmy wejść do kościoła św. Józefa, zainteresował się nami Pan z „obsługi pielgrzyma”. Okazało się, iż koszt zwiedzania to 8 zł od osoby (+5 zł za możliwość robienia zdjęć!). Ale co tam, przejechaliśmy tyle kilometrów, więc zdecydowaliśmy się na zakup wejściówek (choć w międzyczasie zdążyliśmy już zwiedzić samą bazylikę, ale wróciłem tam cyknąć fotki ;)). Wszystkie wspomniane obiekty robią naprawdę niesamowite wrażenie, są pięknie odnowione dzięki środkom Unijnym. Tak więc było warto się tam wybrać.

Na koniec krótka historia dotycząca poszukiwania nowych odkryć kulinarnych w Karpaczu. Chcieliśmy odwiedzić nr 1 z TripAdvisora, czyli restaurację „U Petiego”. Zgodnie z instrukcją dojazdu zamieszczoną na ich stronie, zatrzymaliśmy się na parkingu przed tunelem. Okazało się jednak, że aby tam dotrzeć, trzeba kawałek podejść (to oczywiście nie problem) i na dodatek… przeciąć stok narciarski! Przejść przez orczyk, a później uważać na zjeżdżających – bułka z masłem, szczególnie dla dwulatki! Zrezygnowaliśmy. Później trafiliśmy do  „Karkonoskiej Chaty”. Tam z kolej skończyły się wolne karty menu. Po chwili się znalazły. Nie znalazło się jednak krzesełko dziecięce, które… „zepsuło się wczoraj”. 🙂 A że nasza córka jest dość żywiołowym i ciekawym świata dzieckiem, to brak wspomnianego krzesełka równa się raczej mało udany obiad. Plus jest taki, że chociaż obsługa była bardzo miła. 🙂 Ostatecznie skończyło się na powrocie do znanej już nam „Liczyrzepy” i chcę zaznaczyć, że nie jest to żadna reklama i za obiady tam płacimy pełne stawki! 😉

Super-tata, gadżeciarz, żużloholik, miłośnik kultury wysokiej (m.in. Luxtorpeda, Armia) i Kanonierów z północnego Londynu. Zawodowo bada niezbadane i kaleczy kod. Podczas zagranicznych eskapad tłumacz i pseudo-fotograf. Jego największym marzeniem podróżniczym jest przeżyć mecz na The Emirates (bo na Camp Nou już był).

KOMENTARZE

KOMENTUJ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *